Schronisko w Murowańcu zaskoczyło nas bardzo pozytywnie. Przytulne pokoje, łazienki na piętrze (bez kolejek), ciepłe grzejniki na korytarzach, aby móc wysuszyć sobie ubrania i ręczniki. W Pięciu Stawach nie mieliśmy takich luksusów, zwłaszcza warunki sanitarne były o wiele gorsze(kolejki do prysznica, ciepła woda z kuchni). Wiadomo, że schronisko w górach to nie hotel pięciogwiazdkowy, ale miło, kiedy ktoś pomyśli o zmęczonych i zakurzonych turystach, którzy oprócz kontemplowania urody gór mają również potrzeby natury bardziej przyziemnej.
Wnętrze baru w Schronisku Murowaniec
Panienka z okienka
Ranek przywitał nas pogodą równie piękną, jak w dniach poprzednich. Niebo bezchmurne, temperatura bliska 30 st. -warunki do wędrowania idealne a nawet trochę za gorąco.
Celem naszej wędrówki był Czarny Staw Gąsienicowy a stamtąd w zależności od kondycji uczestników - szlak na Zadni Granat.
Droga z Murowańca nad Czarny Staw to jeden z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych szlaków w Tatrach. Podejście umiarkowane a widoki naprawdę wspaniałe!
Wędrówka szlakiem do Czarnego Stawu
Po ok. półgodzinnej wędrówce naszym oczom ukazuje się widok wprost nieziemski- jezioro przecudnej urody a nad nim szczyty gór wspaniale odbijające się w czystej, niemal przeźroczystej wodzie.
Czarny Staw Gąsienicowy
Choć byłam tu już dwa razy, to mój zachwyt jest nie mniejszy, niż za pierwszym razem.
Góry pięknie odbijają się w tafli jeziora
Przy pięknej pogodzie brzeg jeziora zamienia się w plażę
Obchodzimy Czarny Staw aby móc w pełni podziwiać jego piękno
Po kilku minutach naszym oczom ukazuje się niewielka ale bardzo urokliwa wyspa
Znad Czarnego Stawu rozchodzą się szlaki na Zawrat, Granaty a także na przełęcz Karb i Kościelec.
Jednak okazuje się, że nie możemy iść dalej całą czwórką (ja z mężem i syn z żoną). Synowa ze względu na bolesne odciski stwierdza, że nie da rady wspinać się wyżej a ja...Niestety okazało się, że moje buty, które już parę lat służyły mi w górach i jak do tej pory sprawdzały się idealnie, tym razem zrobiły mi niemiłą niespodziankę. Po prostu jeden z nich rozkleił się tak, że połowa podeszwy prawie odstawała od reszty. Po krótkiej naradzie zapadła decyzja, że panie podejdą jeszcze trochę a potem wrócą do schroniska a panowie pójdą dalej na Zadni Granat.
Zależało nam na tym, aby ujrzeć Czarny Staw nieco z góry.
Widok na Czarny Staw ze szlaku na Granaty
Tak więc zgodnie z postanowieniem my zawróciłyśmy a panowie poszli wyżej. Jednak ze względu na prognozy, przewidujące gwałtowne burze w Tatrach mieli przykazane, że wraz z pierwszymi czarnymi chmurami na niebie zawrócą i zejdą do schroniska. Póki co nic nie zapowiadało nawałnicy. Pogoda nadal była wspaniała. Ja z synową pomału schodziłyśmy do Murowańca a mąż z synem wspinali się pod górę.
Szlak na Zadni Granat
Z góry widok na Czarny Staw był jeszcze piękniejszy
Mały wodospad przy szlaku na Zadni
Zmarzły Staw
Do szczytu już niedaleko
Niestety, jak to w górach...pogoda potrafi zmienić się w mgnieniu oka. Tak jak zapowiadali synoptycy, nad Tatry nadciągnęły czarne chmury.
Kiedy w górach nadciąga burza, najlepiej jest jak najprędzej zejść do schroniska
Nasi panowie dotarli do Murowańca, kiedy już porządnie grzmiało i zaczął padać deszcz.
Do wieczora obserwowaliśmy z tarasu schroniska to groźne w górach zjawisko, jednak teraz mogliśmy się czuć bezpiecznie.
Następnego dnia rano schodziliśmy z Murowańca do Zakopanego. Martwiłam się o to, jak dam radę zejść z rozklejonym butem. Poszłam po radę do pani z recepcji a ta skierowała mnie do baru, gdzie mogłam kupić klej-kropelkę. Mąż dzielnie się spisał, gdyż tak dokładnie przykleił podeszwę, iż mogłam spokojnie dojść do celu. Wielki ukłon należy się również obsłudze schroniska, która pomyślała o takich przypadkach, jak mój.
W drodze powrotnej podziwialiśmy wspaniałe, poranne mgły nad Doliną Gąsienicową.
Widok na pożegnanie-w dali prześwituje zielony dach Schroniska Murowaniec
wtorek, 27 sierpnia 2013
wtorek, 20 sierpnia 2013
Wyprawa w Tatry cz.I
Minął już ponad tydzień od naszego powrotu z gór. Wybaczcie, że dopiero dziś podjęłam próbę, aby opisać naszą wyprawę w Tatry. Cały poprzedni tydzień spędziłam na działce ciesząc się piękną letnią pogodą i nadrabiając zaległości w pracach działkowych. Niestety, chyba trochę zbyt gorliwie zabrałam się za pielenie grządek, gdyż ucierpiał na tym mój kręgosłup i teraz próbuję doprowadzić go do jako takiego stanu.
Tatry po raz kolejny urzekły mnie swoim pięknem i choć nasze wakacje w górach powoli przechodzą do historii, to ja wciąż mam przed oczyma niezwykły krajobraz wokół Czarnego Stawu i poranne mgły unoszące się nad schroniskiem Murowaniec. Ale zanim dotarliśmy do Doliny Gąsienicowej, to wcześniej podziwialiśmy widoki z Sarniej Skały. To jedno z tych urokliwych miejsc w Tatrach, które bez większego wysiłku pozwala zachwycić się widokami, jakich nie zobaczymy nigdzie indziej.
Widok na Sarnią Skałę, która jest jednym z piękniejszych punktów widokowych w Tatrach
Widok z Sarniej Skały na Zakopane
Z Sarniej możemy podziwiać w całej okazałości piękno gór.
Wracając z Sarniej Skały zahaczyliśmy o wodospad Siklawica w Dolinie Strążyskiej
W tym roku nie prezentował się tak okazale a to ze względu na upały i małą ilość wody w potokach
Ten sam wodospad w ujęciu bardziej artystycznym
Głównym punktem programu tegorocznego pobytu w Tatrach była Dolina Gąsienicowa i Schronisko Murowaniec, gdzie mieliśmy zamówione dwa noclegi. Razem z nami w tym roku wędrowali syn i synowa. Pierwotnie plan zakładał podejście z plecakami do schroniska, jednak w ostatniej chwili postanowiliśmy wjechać na Kasprowy kolejką i stamtąd zejść do Murowańca. Głównym powodem były bolesne odciski, jakich nabawiła się synowa (nowe buty!), ale też prawdą jest, że zapragnęliśmy po raz kolejny posmakować tego przeżycia. Kto nie próbował jeszcze wjechać kolejką na Kasprowy Wierch, niech koniecznie będąc w Zakopanym ujmie sobie ten punkt w swoim programie pobytu. Wrażenia są niesamowite! Widoki z Kasprowego przy ładnej pogodzie również zapierają dech w piersiach. Jedyny kłopot to długie kolejki do kasy, ale ostatnio wprowadzono sprzedaż internetową biletów i ta opcja jest obecnie najwygodniejsza, pod warunkiem, że zrobimy to dwa dni przed wyjazdem. My niestety nie zdążyliśmy i musieliśmy swoje odstać. Ale naprawdę było warto, gdyż pogoda w tym dniu była przepiękna a na Kasprowym cieplutko, jak nigdy przedtem.
Widok z Kasprowego na stawki w Dolinie Gąsienicowej
Autorka na Kasprowym
W Dolinie Gąsienicowej urzekły nas lilie....
....i kosodrzewina
Schodzimy do Murowańca
Charakterystyczny grzbiet Kościelca
Jesteśmy w Murowańcu
Dalszą część wyprawy opiszę w następnym poście. Tymczasem pozdrawiam Was najserdeczniej i życzę miłej końcówki wakacji.
Tatry po raz kolejny urzekły mnie swoim pięknem i choć nasze wakacje w górach powoli przechodzą do historii, to ja wciąż mam przed oczyma niezwykły krajobraz wokół Czarnego Stawu i poranne mgły unoszące się nad schroniskiem Murowaniec. Ale zanim dotarliśmy do Doliny Gąsienicowej, to wcześniej podziwialiśmy widoki z Sarniej Skały. To jedno z tych urokliwych miejsc w Tatrach, które bez większego wysiłku pozwala zachwycić się widokami, jakich nie zobaczymy nigdzie indziej.
Widok na Sarnią Skałę, która jest jednym z piękniejszych punktów widokowych w Tatrach
Widok z Sarniej Skały na Zakopane
Z Sarniej możemy podziwiać w całej okazałości piękno gór.
Wracając z Sarniej Skały zahaczyliśmy o wodospad Siklawica w Dolinie Strążyskiej
W tym roku nie prezentował się tak okazale a to ze względu na upały i małą ilość wody w potokach
Ten sam wodospad w ujęciu bardziej artystycznym
Głównym punktem programu tegorocznego pobytu w Tatrach była Dolina Gąsienicowa i Schronisko Murowaniec, gdzie mieliśmy zamówione dwa noclegi. Razem z nami w tym roku wędrowali syn i synowa. Pierwotnie plan zakładał podejście z plecakami do schroniska, jednak w ostatniej chwili postanowiliśmy wjechać na Kasprowy kolejką i stamtąd zejść do Murowańca. Głównym powodem były bolesne odciski, jakich nabawiła się synowa (nowe buty!), ale też prawdą jest, że zapragnęliśmy po raz kolejny posmakować tego przeżycia. Kto nie próbował jeszcze wjechać kolejką na Kasprowy Wierch, niech koniecznie będąc w Zakopanym ujmie sobie ten punkt w swoim programie pobytu. Wrażenia są niesamowite! Widoki z Kasprowego przy ładnej pogodzie również zapierają dech w piersiach. Jedyny kłopot to długie kolejki do kasy, ale ostatnio wprowadzono sprzedaż internetową biletów i ta opcja jest obecnie najwygodniejsza, pod warunkiem, że zrobimy to dwa dni przed wyjazdem. My niestety nie zdążyliśmy i musieliśmy swoje odstać. Ale naprawdę było warto, gdyż pogoda w tym dniu była przepiękna a na Kasprowym cieplutko, jak nigdy przedtem.
Widok z Kasprowego na stawki w Dolinie Gąsienicowej
Autorka na Kasprowym
W Dolinie Gąsienicowej urzekły nas lilie....
....i kosodrzewina
Schodzimy do Murowańca
Charakterystyczny grzbiet Kościelca
Jesteśmy w Murowańcu
Dalszą część wyprawy opiszę w następnym poście. Tymczasem pozdrawiam Was najserdeczniej i życzę miłej końcówki wakacji.
wtorek, 30 lipca 2013
Zapora Leśniańska czyli ciąg dalszy naszej wyprawy na zamek Czocha...
Opodal zamku Czocha znajduje się Zapora Leśniańska. Wybudowano ją na początku XX wieku-jej uroczyste otwarcie miało miejsce w lipcu 1905 roku. Budowla ta spiętrza wody rzeki Kwisy, dzięki czemu powstało jezioro Leśniańskie. W latach 1905-1907 u podstawy zapory wzniesiono elektrownię wodną. Ciekawostką jest to, że jest to najstarsza zawodowa elektrownia wodna w Polsce, a jej wyposażenie zachowało się w bardzo dobrym stanie, aż do dzisiejszych czasów.
Ponieważ dzień był bardzo piękny a my nie spieszyliśmy się wcale, postanowiliśmy po zwiedzeniu zamku Czocha pojechać kawałeczek dalej i przyjrzeć się tej zaporze z bliska.
Już na zakręcie drogi ujrzeliśmy bardzo malowniczy obrazek
Przeszliśmy zaporę pieszo, choć dostępna jest ona także dla samochodów
Widok po drugiej stronie zapory, gdzie znajduje się elektrownia wodna
Przy zaporze wybudowano domek dla strażnika- dziś można w nim wynająć pokój
Już w trakcie budowy zapory wybudowano w jej pobliżu pensjonat, który dziś nosi nazwę Czocha
Spojrzenie na zaporę z tarasu restauracji "Czocha"
Wnętrze restauracji było bardzo przyjemne, więc postanowiliśmy zostać tu na obiedzie
Tym miłym (i smacznym) akcentem zakończyliśmy naszą jednodniową wycieczkę do zamku Czocha.
A już za trzy dni wyruszamy w naszą kolejną wakacyjną wyprawę- tym razem w Tatry. Mam nadzieję, że pogoda będzie sprzyjająca i uda nam się zrealizować plany, które w tym roku związane są głównie z Doliną Gąsienicową.
Życzę wszystkim bardzo słonecznych wakacji i pozdrawiam.
Ponieważ dzień był bardzo piękny a my nie spieszyliśmy się wcale, postanowiliśmy po zwiedzeniu zamku Czocha pojechać kawałeczek dalej i przyjrzeć się tej zaporze z bliska.
Już na zakręcie drogi ujrzeliśmy bardzo malowniczy obrazek
Przeszliśmy zaporę pieszo, choć dostępna jest ona także dla samochodów
Widok po drugiej stronie zapory, gdzie znajduje się elektrownia wodna
Przy zaporze wybudowano domek dla strażnika- dziś można w nim wynająć pokój
Już w trakcie budowy zapory wybudowano w jej pobliżu pensjonat, który dziś nosi nazwę Czocha
Spojrzenie na zaporę z tarasu restauracji "Czocha"
Wnętrze restauracji było bardzo przyjemne, więc postanowiliśmy zostać tu na obiedzie
Tym miłym (i smacznym) akcentem zakończyliśmy naszą jednodniową wycieczkę do zamku Czocha.
A już za trzy dni wyruszamy w naszą kolejną wakacyjną wyprawę- tym razem w Tatry. Mam nadzieję, że pogoda będzie sprzyjająca i uda nam się zrealizować plany, które w tym roku związane są głównie z Doliną Gąsienicową.
Życzę wszystkim bardzo słonecznych wakacji i pozdrawiam.
środa, 17 lipca 2013
Gdzie jest generał?... czyli z wizytą na zamku Czocha
"Nie można tkwić uparcie w swoim kącie Lasu, czekając aż inni do nas przyjdą. Czasem trzeba pójść do nich."
Kubuś Puchatek
Wybaczcie, że tak długo tkwiłam w swoim kącie lasu, choć zapewniam, iż ta dłuższa niż zwykle przerwa w pisaniu nie była zamierzona. Czas wakacyjny obfituje w tak wiele różnych zajęć, że po prostu brakuje mi dłuższej chwili, aby spokojnie usiąść i coś napisać.
W pierwszym tygodniu lipca zaplanowaliśmy sobie krótki wypad w góry, do Szklarskiej Poręby. Niestety, czas miłego relaksu szybko minął. Zaraz po powrocie czekała na mnie praca, która wymagała ode mnie sporego zaangażowania i przygotowania dużej ilości materiałów (kurs dla przedsiębiorców). W międzyczasie próbowałam okiełznać rośliny na mojej działce, które pod nieobecność swej pani całkowicie poszły na żywioł.
Nasz tegoroczny pobyt w Szklarskiej Porębie miał dość wyjątkowy charakter i związany był z kolejną już rocznicą (jak ten czas leci) naszego ślubu. Mieszkaliśmy w pięknym apartamencie na wzgórzu i mieliśmy widok wprost na Szrenicę...o ile mgły i poziom zachmurzenia pozwoliły nam go oglądać. Zazwyczaj zadowalamy się w górach o wiele skromniejszymi warunkami, ale tym razem daliśmy się skusić namowom siostry męża, która poleciła nam to miejsce a także (w ramach prezentu) załatwiła nam noclegi w bardzo promocyjnej cenie.
W tym skromnym domku mieszkaliśmy w Szklarskiej Porębie
Salon a z salonu wyjście na taras i ogród
Widok na Szrenicę...niestety trochę zamglony
Spacer uliczkami Szklarskiej Poręby
Skorzystaliśmy z okazji, iż Szklarska Poręba leży niedaleko miejscowości, w której znajduje się słynny zamek Czocha i postanowiliśmy go zwiedzić. Było nam trochę żal Szrenicy i innych szlaków, na które zbrakło już czasu, ale przeważył argument, że na Szrenicy już byliśmy, w moim przypadku nawet kilkakrotnie, a w zamku Czocha jeszcze nie. Tu muszę się przyznać, że oboje z mężem lubimy zwiedzać zamki w Polsce i mamy ich na swoim koncie już dość sporo.
Aby dotrzeć do zamku, musieliśmy się udać ze Szklarskiej Poręby drogą na północny zachód (ok 50 km), w kierunku miejscowości Leśna.
Dojechaliśmy na parking przed zamkiem i tu pierwsza niespodzianka: zaoferowano nam przejażdżkę statkiem wokół zamku po Jeziorze Leśniańskim. Wahaliśmy się, czy skorzystać z tej oferty, ale po dłuższej chwili stwierdziliśmy, ze warto zaryzykować. Ryzyko się opłaciło, gdyż widok zamku od strony jeziora był naprawdę imponujący.
Widok zamku Czocha od strony Jeziora Leśniańskiego
Podpłynęliśmy również pod zaporę, która została wybudowana na początku XX wieku.
Przejażdżka trwała ok pół godziny. Później zwiedziliśmy z przewodnikiem wnętrze zamku i wysłuchaliśmy jego historii. Zamek Czocha powstał w 2 poł. XIIIw. jako warownia obronna północnej granicy Czech z inicjatywy króla czeskiego Wacława II. W roku 1315 książę piastowski Henryk Jaworski żeni się z córką Wacława II Agnieszką i otrzymuje jako wiano zamek wraz z przyległymi ziemiami. Po bezpotomnej śmierci obojga zamek wraca do Czech i zostaje siedzibą rodów rycerskich. W r. 1453 zamek przejmuje Kacper von Nositz, rozpoczynając władanie tego rodu przez 250 lat.
Pod koniec XVIII w. ogromny pożar zamienia zamek w ruinę. Jednak już w następnym roku aktualny właściciel zamku Johann Hartung von Uechtriz podejmuje decyzję o jego odbudowie.
Na początku XX w. właścicielem zamku staje się drezdeński przemysłowiec Ernst Gutschow, który mieszka w nim do marca 1945 r.
Po wojnie zamek był wielokrotnie okradany. Obecnie jest to obiekt ogólnie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny.
Z zamkiem Czocha wiąże się wiele historii i legend. Największe emocje budzi do dziś studnia niewiernych żon oraz łoże książęce z zapadnią. Oba te obiekty służyły do pozbywania się niewiernych żon rycerzy władających zamkiem lub ich niewygodnych kochanek.
Ponadto łoże książęce miało z przodu pewien charakterystyczny element: drzwiczki. Legenda mówi, że w noc poślubną książę musiał zapukać trzy razy do tych drzwiczek...nie używając rąk. Inaczej nie został wpuszczony przez oblubienicę.
Zamek Czocha był też miejscem powstania kilku filmów m.in. "Gdzie jest generał?", "Wiedźmin" oraz "Tajemnica twierdzy szyfrów".
Książęce łoże w zamku Czocha- można je wynająć na noc poślubną
Biblioteka z tajnym przejściem
Widok z wieży zamkowej
Zamek Czocha widziany od strony dziedzińca zamkowego
Naszą wycieczkę zakończyliśmy na zwiedzaniu zapory, która jest również bardzo interesującym obiektem, ale o tym może innym razem. Przepraszam, że ostatnio trochę mało udzielałam się na Waszych blogach, postaram się w najbliższym czasie nadrobić zaległości. Życzę wszystkim bardzo miłego lata i słonecznej pogody.
Kubuś Puchatek
Wybaczcie, że tak długo tkwiłam w swoim kącie lasu, choć zapewniam, iż ta dłuższa niż zwykle przerwa w pisaniu nie była zamierzona. Czas wakacyjny obfituje w tak wiele różnych zajęć, że po prostu brakuje mi dłuższej chwili, aby spokojnie usiąść i coś napisać.
W pierwszym tygodniu lipca zaplanowaliśmy sobie krótki wypad w góry, do Szklarskiej Poręby. Niestety, czas miłego relaksu szybko minął. Zaraz po powrocie czekała na mnie praca, która wymagała ode mnie sporego zaangażowania i przygotowania dużej ilości materiałów (kurs dla przedsiębiorców). W międzyczasie próbowałam okiełznać rośliny na mojej działce, które pod nieobecność swej pani całkowicie poszły na żywioł.
Nasz tegoroczny pobyt w Szklarskiej Porębie miał dość wyjątkowy charakter i związany był z kolejną już rocznicą (jak ten czas leci) naszego ślubu. Mieszkaliśmy w pięknym apartamencie na wzgórzu i mieliśmy widok wprost na Szrenicę...o ile mgły i poziom zachmurzenia pozwoliły nam go oglądać. Zazwyczaj zadowalamy się w górach o wiele skromniejszymi warunkami, ale tym razem daliśmy się skusić namowom siostry męża, która poleciła nam to miejsce a także (w ramach prezentu) załatwiła nam noclegi w bardzo promocyjnej cenie.
W tym skromnym domku mieszkaliśmy w Szklarskiej Porębie
Salon a z salonu wyjście na taras i ogród
Widok na Szrenicę...niestety trochę zamglony
Spacer uliczkami Szklarskiej Poręby
Skorzystaliśmy z okazji, iż Szklarska Poręba leży niedaleko miejscowości, w której znajduje się słynny zamek Czocha i postanowiliśmy go zwiedzić. Było nam trochę żal Szrenicy i innych szlaków, na które zbrakło już czasu, ale przeważył argument, że na Szrenicy już byliśmy, w moim przypadku nawet kilkakrotnie, a w zamku Czocha jeszcze nie. Tu muszę się przyznać, że oboje z mężem lubimy zwiedzać zamki w Polsce i mamy ich na swoim koncie już dość sporo.
Aby dotrzeć do zamku, musieliśmy się udać ze Szklarskiej Poręby drogą na północny zachód (ok 50 km), w kierunku miejscowości Leśna.
Dojechaliśmy na parking przed zamkiem i tu pierwsza niespodzianka: zaoferowano nam przejażdżkę statkiem wokół zamku po Jeziorze Leśniańskim. Wahaliśmy się, czy skorzystać z tej oferty, ale po dłuższej chwili stwierdziliśmy, ze warto zaryzykować. Ryzyko się opłaciło, gdyż widok zamku od strony jeziora był naprawdę imponujący.
Widok zamku Czocha od strony Jeziora Leśniańskiego
Podpłynęliśmy również pod zaporę, która została wybudowana na początku XX wieku.
Zapora tworząca sztuczny zbiornik wokół zamku
Przejażdżka trwała ok pół godziny. Później zwiedziliśmy z przewodnikiem wnętrze zamku i wysłuchaliśmy jego historii. Zamek Czocha powstał w 2 poł. XIIIw. jako warownia obronna północnej granicy Czech z inicjatywy króla czeskiego Wacława II. W roku 1315 książę piastowski Henryk Jaworski żeni się z córką Wacława II Agnieszką i otrzymuje jako wiano zamek wraz z przyległymi ziemiami. Po bezpotomnej śmierci obojga zamek wraca do Czech i zostaje siedzibą rodów rycerskich. W r. 1453 zamek przejmuje Kacper von Nositz, rozpoczynając władanie tego rodu przez 250 lat.
Pod koniec XVIII w. ogromny pożar zamienia zamek w ruinę. Jednak już w następnym roku aktualny właściciel zamku Johann Hartung von Uechtriz podejmuje decyzję o jego odbudowie.
Na początku XX w. właścicielem zamku staje się drezdeński przemysłowiec Ernst Gutschow, który mieszka w nim do marca 1945 r.
Po wojnie zamek był wielokrotnie okradany. Obecnie jest to obiekt ogólnie dostępny jako ośrodek hotelowo-konferencyjny.
Z zamkiem Czocha wiąże się wiele historii i legend. Największe emocje budzi do dziś studnia niewiernych żon oraz łoże książęce z zapadnią. Oba te obiekty służyły do pozbywania się niewiernych żon rycerzy władających zamkiem lub ich niewygodnych kochanek.
Ponadto łoże książęce miało z przodu pewien charakterystyczny element: drzwiczki. Legenda mówi, że w noc poślubną książę musiał zapukać trzy razy do tych drzwiczek...nie używając rąk. Inaczej nie został wpuszczony przez oblubienicę.
Zamek Czocha był też miejscem powstania kilku filmów m.in. "Gdzie jest generał?", "Wiedźmin" oraz "Tajemnica twierdzy szyfrów".
Książęce łoże w zamku Czocha- można je wynająć na noc poślubną
Biblioteka z tajnym przejściem
Widok z wieży zamkowej
Zamek Czocha widziany od strony dziedzińca zamkowego
Naszą wycieczkę zakończyliśmy na zwiedzaniu zapory, która jest również bardzo interesującym obiektem, ale o tym może innym razem. Przepraszam, że ostatnio trochę mało udzielałam się na Waszych blogach, postaram się w najbliższym czasie nadrobić zaległości. Życzę wszystkim bardzo miłego lata i słonecznej pogody.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
"Dajcie pożyć konie, dajcie. Dajcie dożyć konie..."
W ostatnim czasie dałam się ponieść nurtowi zdarzeń, choć przyznam, że moje myśli były jakby trochę obok. Próbuję pewne rzeczy zrozumieć i zaakceptować, ale nie do końca potrafię. Widzę też wiele ułomności w sobie a im bardziej się w nie zagłębiam, tym mocniej one ze mnie wychodzą.
Generalnie czas jest bardzo przyjemny. Plony truskawkowo-czereśniowe okazały się obfite i mogę powiedzieć, że wreszcie nasyciłam się smakiem i kolorem tych owoców, które lubię najbardziej na świecie. Mogłam też się cieszyć obecnością mojej wnuczki i uczestniczyć w jej radosnych zabawach.
Miłą dla mnie niespodzianką były dwa zaproszenia na spotkania, które mogłabym określić jako wspomnieniowe. Jedno od moich dawnych wychowanków, którzy dziś są już dorosłymi ludźmi. Jednak wspólna więź pozostała i myślę, że nie da się jej przecenić ani wycenić w dzisiejszym tak bardzo obliczonym świecie. Mimo utraty kontaktu na wiele lat wystarczył moment, aby powrócić do tych serdecznych relacji, które łączyły nas od pierwszego dnia znajomości. Nie zawsze tak się dzieje, ale w tym przypadku mogę mówić o wyjątkowym szczęściu do wyjątkowych ludzi.
Drugie zaproszenie związane było z rocznicą powstania Bractwa Turystycznego, do którego należę. Ostatnio nieco mniej się udzielam, ale zawsze chętnie jadę na spotkanie z ludźmi, którzy mają pokrewne do moich zainteresowania i którzy tak jak ja uwielbiają wędrowanie po różnych zakątkach Polski.
W ostatni weekend po dłuższej nieobecności odwiedził nas syn z żoną. Tak bardzo już się za nimi stęskniłam. Mimo, iż nie mieszkają zbyt daleko to jednak nadmiar codziennych obowiązków nie pozwala im na częste wyjazdy z Poznania. Może wakacje będą nieco łaskawsze w tym względzie, z drugiej strony pomału przyzwyczajam się do myśli, że moje dzieci żyją już własnym życiem. Szczęściem jest to, że jak na razie mogą się realizować w Polsce i nie muszą wyjeżdżać za granicę.
W świecie muzycznym dwie rzeczy poruszyły mnie ostatnio najbardziej: śmierć Marka Jackowskiego i występ Natalii Sikory na festiwalu w Opolu.
Marek Jackowski to cała epoka w historii naszej muzyki rozrywkowej. Przede wszystkim ceniłam Go jako lidera grupy Maanam i autora wielu wspaniałych utworów, wykonywanych przez tę kultową dla mnie grupę. Rzadko występował jako solista ale od czasu do czasu dawał wyraz swoim przemyśleniom, jak choćby w najsłynniejszym Jego "songu" pt. Oprócz
Natalia Sikora wygrała SuperDebiuty na tegorocznym festiwalu opolskim. a wcześniej ostatnią edycję "Voice of Poland". W Opolu zaśpiewała piosenkę Włodzimierza Wysockiego, nieodżałowanego rosyjskiego barda, zmarłego przedwcześnie przed wielu laty. Zaśpiewała wspaniale, ale ja chciałabym również przypomnieć wersję oryginalną. Więc oto dla Was: Włodzimierz Wysocki "Konie"
Generalnie czas jest bardzo przyjemny. Plony truskawkowo-czereśniowe okazały się obfite i mogę powiedzieć, że wreszcie nasyciłam się smakiem i kolorem tych owoców, które lubię najbardziej na świecie. Mogłam też się cieszyć obecnością mojej wnuczki i uczestniczyć w jej radosnych zabawach.
Miłą dla mnie niespodzianką były dwa zaproszenia na spotkania, które mogłabym określić jako wspomnieniowe. Jedno od moich dawnych wychowanków, którzy dziś są już dorosłymi ludźmi. Jednak wspólna więź pozostała i myślę, że nie da się jej przecenić ani wycenić w dzisiejszym tak bardzo obliczonym świecie. Mimo utraty kontaktu na wiele lat wystarczył moment, aby powrócić do tych serdecznych relacji, które łączyły nas od pierwszego dnia znajomości. Nie zawsze tak się dzieje, ale w tym przypadku mogę mówić o wyjątkowym szczęściu do wyjątkowych ludzi.
Drugie zaproszenie związane było z rocznicą powstania Bractwa Turystycznego, do którego należę. Ostatnio nieco mniej się udzielam, ale zawsze chętnie jadę na spotkanie z ludźmi, którzy mają pokrewne do moich zainteresowania i którzy tak jak ja uwielbiają wędrowanie po różnych zakątkach Polski.
W ostatni weekend po dłuższej nieobecności odwiedził nas syn z żoną. Tak bardzo już się za nimi stęskniłam. Mimo, iż nie mieszkają zbyt daleko to jednak nadmiar codziennych obowiązków nie pozwala im na częste wyjazdy z Poznania. Może wakacje będą nieco łaskawsze w tym względzie, z drugiej strony pomału przyzwyczajam się do myśli, że moje dzieci żyją już własnym życiem. Szczęściem jest to, że jak na razie mogą się realizować w Polsce i nie muszą wyjeżdżać za granicę.
W świecie muzycznym dwie rzeczy poruszyły mnie ostatnio najbardziej: śmierć Marka Jackowskiego i występ Natalii Sikory na festiwalu w Opolu.
Marek Jackowski to cała epoka w historii naszej muzyki rozrywkowej. Przede wszystkim ceniłam Go jako lidera grupy Maanam i autora wielu wspaniałych utworów, wykonywanych przez tę kultową dla mnie grupę. Rzadko występował jako solista ale od czasu do czasu dawał wyraz swoim przemyśleniom, jak choćby w najsłynniejszym Jego "songu" pt. Oprócz
Natalia Sikora wygrała SuperDebiuty na tegorocznym festiwalu opolskim. a wcześniej ostatnią edycję "Voice of Poland". W Opolu zaśpiewała piosenkę Włodzimierza Wysockiego, nieodżałowanego rosyjskiego barda, zmarłego przedwcześnie przed wielu laty. Zaśpiewała wspaniale, ale ja chciałabym również przypomnieć wersję oryginalną. Więc oto dla Was: Włodzimierz Wysocki "Konie"
niedziela, 16 czerwca 2013
Żegnaj Kurko [*]
Wczoraj dotarła do mnie bardzo smutna wiadomość. Nasza koleżanka blogowa Kurka Domowa nie żyje. Tak trudno uwierzyć, że to prawda, jeszcze trudniej pogodzić się z tą stratą.
Śp. Kurka-Mariola towarzyszyła mi niemal od początku mojej przygody z blogami. Była zawsze wielką optymistką, kochała ludzi, przyrodę i zwierzęta a zwłaszcza koty. Podziwiałam Jej piękne fotografie, na których utrwalała krajobrazy swych rodzinnych stron...łąkę, las, kwiaty, zwierzęta i zabytki Kotliny Kłodzkiej. Często też fotografowała ludzi a Jej portrety były naprawdę wspaniałe. Lubiła muzykę, lubiła tańczyć...kochała życie we wszelkich jego przejawach.
Od roku zmagała się z ciężką chorobą...z rakiem. Walczyła dzielnie, miała w sobie wiele siły i determinacji a przy tym nie traciła poczucia humoru. Wierzyliśmy, że wygra w tym nierównym pojedynku. Niestety, choroba pokonała Ją. Odeszła, ale na zawsze pozostanie w mej pamięci. Żegnaj Kurko...niech dobrzy Aniołowie opiekują się Tobą a Ty odpoczywaj na niebieskich łąkach....
Śp. Kurka-Mariola towarzyszyła mi niemal od początku mojej przygody z blogami. Była zawsze wielką optymistką, kochała ludzi, przyrodę i zwierzęta a zwłaszcza koty. Podziwiałam Jej piękne fotografie, na których utrwalała krajobrazy swych rodzinnych stron...łąkę, las, kwiaty, zwierzęta i zabytki Kotliny Kłodzkiej. Często też fotografowała ludzi a Jej portrety były naprawdę wspaniałe. Lubiła muzykę, lubiła tańczyć...kochała życie we wszelkich jego przejawach.
Od roku zmagała się z ciężką chorobą...z rakiem. Walczyła dzielnie, miała w sobie wiele siły i determinacji a przy tym nie traciła poczucia humoru. Wierzyliśmy, że wygra w tym nierównym pojedynku. Niestety, choroba pokonała Ją. Odeszła, ale na zawsze pozostanie w mej pamięci. Żegnaj Kurko...niech dobrzy Aniołowie opiekują się Tobą a Ty odpoczywaj na niebieskich łąkach....
wtorek, 4 czerwca 2013
Tam, gdzie Wisła wpada do morza...
Tradycyjnie w długi weekend czerwcowy wybieramy się z mężem w podróż na krótki wypoczynek. Tak było i w tym roku a celem naszej wyprawy był Gdańsk. Dlaczego właśnie to miasto? Pewnie dlatego, że mam do niego ogromny sentyment a na dodatek niedaleko Gdańska znajduje się jedno magiczne miejsce, do którego zawsze wracam z radością i bijącym sercem. To Wyspa Sobieszewska, na której się urodziłam i spędziłam swoje dzieciństwo.
Zaraz po przyjeździe na Wyspę i zakwaterowaniu się w Sobieszewie pojechaliśmy do Świbna, gdzie kursuje prom, przewożący ludzi z jednej strony Wisły na drugą. Jest to również droga wiodąca ku Krynicy Morskiej. Tym razem jednak do Krynicy się nie wybieraliśmy. Zafundowaliśmy sobie pieszą wycieczkę brzegiem Wisły do miejsca, gdzie wpada ona do morza. Po drodze widoki fantastyczne. Roślinność zachwycała nas swą różnorodnością a dzikie róże zniewalały swym zapachem. Obawialiśmy się nieco o pogodę, jednak i ona zrobiła nam miłą niespodziankę. Mimo późnej już pory było bardzo przyjemnie, ciepło i spokojnie. I ani śladu burzy! Na końcu naszej wędrówki mogliśmy podziwiać obszar przyrodniczy "Mewia Łacha"...niestety tylko z daleka, gdyż o tej porze roku odbywają się lęgi ptaków i aby ich nie płoszyć, ludzie nie mają tam wstępu.
Następnego dnia pojechaliśmy do Gdańska. Nastawiliśmy się na zwiedzanie zabytków, co w razie deszczu miało być bezpiecznym planem. Przeżyliśmy jednak kolejny szok pogodowy. W całym kraju deszcze a u nas piękne słońce. Jak widać mamy jakieś zasługi w niebie, że było dla nas tak łaskawe.
Zwiedziliśmy Ratusz, Dwór Artusa, Dom Uphagena i Bazylikę Mariacką. Wszystkie te miejsca zachwyciły nas pięknymi wnętrzami i niezwykłymi eksponatami. Udało nam się także wejść (z niemałym wysiłkiem) na wieżę Mariacką, skąd rozciągał się wspaniały widok na Gdańsk i okolice.
Z Gdańska pojechaliśmy szybką kolejką (SKM) do Sopotu. Tak dawno już tam nie byłam. Przed wejściem na molo tłumy ludzi. Okazało się, że w związku z festiwalem Dwa Teatry, który właśnie w tych dniach odbywał się w Sopocie, zorganizowano występy młodych aktorów, śpiewających stare piosenki. Część ludzi siedziała na zaaranżowanej widowni, my jednak postanowiliśmy pójść dalej...wgłąb morza, aby nacieszyć się jego widokiem i zaczerpnąć nieco zbawiennego jodu. Po drodze dolatywały nas dźwięki "Milorda" i innych pięknych piosenek w nowych aktorskich wykonaniach. Później wieczorem mogliśmy zobaczyć relację z tej imprezy w TVP Kultura.
Wróciliśmy późnym wieczorem zmęczeni ale i szczęśliwi.
Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu. Pogoda nadal nas zadziwiała. Choć w nocy padało, to ranek przywitał nas pięknym słońcem i dość wysoką temperaturą (24st.). Idealne warunki na plażę. A plaża w Sobieszewie jest najpiękniejsza na świecie! Szeroka i malownicza z pięknymi, naturalnymi wydmami. Niestety, woda w morzu zimna, więc o kąpieli nie było mowy. Ale mimo to byliśmy bardzo zadowoleni. Przed odjazdem wstąpiliśmy jeszcze do malowniczej nadmorskiej restauracji, aby się nieco pokrzepić i stamtąd ruszyliśmy w drogę powrotną. Jechaliśmy piękną nowo wybudowaną dwupasmówką a później ok. stukilometrowym odcinkiem autostrady. Po prostu bajka. Gdzieś tak przed Bydgoszczą wróciliśmy na ziemię. Pocieszałam się tylko jedną myślą...za miesiąc kolejna wyprawa...tym razem w góry.
Przeprawa promowa w Świbnie
Długi Targ na Starym Mieście w Gdańsku
Z Janem Heweliuszem w Ratuszu Miejskim
Zabytkowy piec w Dworze Artusa
Panienka z okienka
W domu bogatego Gdańszczanina Uphagena
Widok z Wieży Mariackiej
W Sopocie na molo
Plaża w Sobieszewie
Wisła a właściwie Przekop Wisły w Świbnie
Tam, gdzie Wisła wpada do morza...
Zaraz po przyjeździe na Wyspę i zakwaterowaniu się w Sobieszewie pojechaliśmy do Świbna, gdzie kursuje prom, przewożący ludzi z jednej strony Wisły na drugą. Jest to również droga wiodąca ku Krynicy Morskiej. Tym razem jednak do Krynicy się nie wybieraliśmy. Zafundowaliśmy sobie pieszą wycieczkę brzegiem Wisły do miejsca, gdzie wpada ona do morza. Po drodze widoki fantastyczne. Roślinność zachwycała nas swą różnorodnością a dzikie róże zniewalały swym zapachem. Obawialiśmy się nieco o pogodę, jednak i ona zrobiła nam miłą niespodziankę. Mimo późnej już pory było bardzo przyjemnie, ciepło i spokojnie. I ani śladu burzy! Na końcu naszej wędrówki mogliśmy podziwiać obszar przyrodniczy "Mewia Łacha"...niestety tylko z daleka, gdyż o tej porze roku odbywają się lęgi ptaków i aby ich nie płoszyć, ludzie nie mają tam wstępu.
Następnego dnia pojechaliśmy do Gdańska. Nastawiliśmy się na zwiedzanie zabytków, co w razie deszczu miało być bezpiecznym planem. Przeżyliśmy jednak kolejny szok pogodowy. W całym kraju deszcze a u nas piękne słońce. Jak widać mamy jakieś zasługi w niebie, że było dla nas tak łaskawe.
Zwiedziliśmy Ratusz, Dwór Artusa, Dom Uphagena i Bazylikę Mariacką. Wszystkie te miejsca zachwyciły nas pięknymi wnętrzami i niezwykłymi eksponatami. Udało nam się także wejść (z niemałym wysiłkiem) na wieżę Mariacką, skąd rozciągał się wspaniały widok na Gdańsk i okolice.
Z Gdańska pojechaliśmy szybką kolejką (SKM) do Sopotu. Tak dawno już tam nie byłam. Przed wejściem na molo tłumy ludzi. Okazało się, że w związku z festiwalem Dwa Teatry, który właśnie w tych dniach odbywał się w Sopocie, zorganizowano występy młodych aktorów, śpiewających stare piosenki. Część ludzi siedziała na zaaranżowanej widowni, my jednak postanowiliśmy pójść dalej...wgłąb morza, aby nacieszyć się jego widokiem i zaczerpnąć nieco zbawiennego jodu. Po drodze dolatywały nas dźwięki "Milorda" i innych pięknych piosenek w nowych aktorskich wykonaniach. Później wieczorem mogliśmy zobaczyć relację z tej imprezy w TVP Kultura.
Wróciliśmy późnym wieczorem zmęczeni ale i szczęśliwi.
Niedziela była ostatnim dniem naszego pobytu. Pogoda nadal nas zadziwiała. Choć w nocy padało, to ranek przywitał nas pięknym słońcem i dość wysoką temperaturą (24st.). Idealne warunki na plażę. A plaża w Sobieszewie jest najpiękniejsza na świecie! Szeroka i malownicza z pięknymi, naturalnymi wydmami. Niestety, woda w morzu zimna, więc o kąpieli nie było mowy. Ale mimo to byliśmy bardzo zadowoleni. Przed odjazdem wstąpiliśmy jeszcze do malowniczej nadmorskiej restauracji, aby się nieco pokrzepić i stamtąd ruszyliśmy w drogę powrotną. Jechaliśmy piękną nowo wybudowaną dwupasmówką a później ok. stukilometrowym odcinkiem autostrady. Po prostu bajka. Gdzieś tak przed Bydgoszczą wróciliśmy na ziemię. Pocieszałam się tylko jedną myślą...za miesiąc kolejna wyprawa...tym razem w góry.
Długi Targ na Starym Mieście w Gdańsku
Z Janem Heweliuszem w Ratuszu Miejskim
Zabytkowy piec w Dworze Artusa
Panienka z okienka
W domu bogatego Gdańszczanina Uphagena
Widok z Wieży Mariackiej
W Sopocie na molo
Plaża w Sobieszewie
Wisła a właściwie Przekop Wisły w Świbnie
Tam, gdzie Wisła wpada do morza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































