Czy rzekę w swym biegu zatrzymać się da
Czy wiatrom zabroni ktoś chmury rozgonić.
Czy może znów odżyć liść, który raz spadł.
I czy może zatrzymać się ziemia.
Jeśli nie, czemu czasem dziwimy się tak,
Że i w nas czas wszystko zmienia.
Więc patrzymy przed siebie, mniej ważne jest dziś.
I nie ważna jest przeszłość, to co było odeszło.
Dzień po nocy, po burzy słońce musi znów przyjść.
Łez dzisiejszych nie wolno przeceniać.
To co wczoraj straciłeś jutro los odda ci,
Bowiem czas, czas wszystko zmienia.
To słowa starej piosenki z repertuaru Boba Dylana "Czas wszystko zmienia". Dawno temu często ją śpiewałam, nie podejrzewając nawet, jak bardzo jest prawdziwa.
Dziś już wiem, że czas rzeczywiście wszystko zmienia i to, co było dla mnie ważne wczoraj, dziś nie ma już tak wielkiego znaczenia. Zmienia się moje postrzeganie świata i ludzi, zmieniają się także problemy, z którymi muszę się zmierzyć. Moje radości też są inne. Mniej cieszą mnie rozrywki, towarzystwo, pęd życia. Bardziej, niż kiedyś lubię ciszę, słuchanie muzyki, obserwację przyrody.
Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, iż nie warto tak bardzo przejmować się sprawami bieżącymi, płakać z powodu zawiedzionych nadziei lub utraconych korzyści. Być może jutro nie będziemy już nawet pamiętać, dlaczego wylaliśmy tak wiele łez.
Uświadomiłam sobie, że niedawno minął rok, odkąd prowadzę tego bloga (13 maja).
Jest to już mój trzeci blog. Pierwszego (Piąty wymiar) założyłam prawie pięć lat temu. Tak wiele się od tego czasu zmieniło. Ja się zmieniłam w swoim podejściu do blogowania. Na początku byłam bardzo zachłanna, chciałam tak wiele powiedzieć, poznać wielu ludzi, być wszędzie i wszystko zrozumieć. I wciąż było mi mało. Drugi blog (Co mi w duszy gra) prowadziłam już znacznie spokojniej, wychodząc z założenia, iż życie realne też ma swoje prawa. Niestety, ze względu na duże trudności w funkcjonowaniu Onetu musiałam przenieść się na Bloggera i założyć mój obecny blog (Coraz jesteśmy).
Cieszę się, że przez tych kilka lat przebywania w wirtualnym świecie miałam możliwość poznać tak wielu ciekawych i przyjaźnie nastawionych ludzi. Dziękuję Wszystkim tym, którzy są ze mną niemal od początku i którzy w chwilach zwątpienia zawsze są dla mnie oparciem. Dziękuję Małgosi, Dominice, Uli, Virginii, Agnieszce, Eli, Alinie, Kurce Domowej i Rennacie. Bardzo cenię sobie Waszą przyjaźń i uwielbiam Was czytać. Dziękuję również nowo poznanym Przyjaciołom blogowym. Dzięki Wam mój świat stał się znacznie ciekawszy.
Wszystkim Wam dedukuję dziś kwiaty. Pozdrawiam i życzę słonecznego weekendu.
piątek, 17 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Wiosna... czyli Adele i Nawiedzony Dom
Zaciągam się mocno majowym powietrzem i wreszcie czuję ten wspaniały zapach lata, na który tak długo czekałam.Upajam się zielenią, która nigdy nie jest aż tak soczysta, jak właśnie w maju.
Długi weekend upłynął mi pod znakiem spotkań rodzinnych, z których zawsze bardzo się cieszę, gdyż są to dla mnie rzadkie okazje, aby nacieszyć się bliskimi . Niestety współczesny świat każe nam stale gdzieś pędzić i coś robić, dlatego tak miło jest się czasem zatrzymać i posiedzieć w ogrodzie, wypić lampkę wina i porozmawiać na interesujące nas tematy.
Muzycznie w mym sercu króluje ostatnio ADELE. Właściwie dopiero teraz zaczęłam jej słuchać tak bardziej uważnie, nie w radio i nie-mimochodem. Myślę, że jest to największe muzyczne odkrycie ostatnich lat. Mocny i piękny głos, niezwykła wrażliwość muzyczna, skromność estradowa. To wszystko powoduje, że jej muzyka prawdziwie wzrusza. Byłam zaskoczona tym, jak podziałała na mnie jedna z jej piosenek "Someone Like You"
Ja się popłakałam, Adele się popłakała i paru widzów na sali też.
Wiosna jest tak zachwycającą porą roku, że staram się każdą chwilę spędzać poza domem, najchętniej na moim ogródku. Jak tylko uporam się ze wszystkimi wiosennymi pracami, to obiecuję sobie w nagrodę poczytać na leżaku książkę, która już od jakiegoś czasu stoi na półce i kusi mnie ogromnie.
"Nawiedzony dom" Virginii Woolf. Opowiadania zebrane. Przymierzałam się do tej autorki bardzo długo, ale teraz wiem, że już mi nie ucieknie. Jak do tej pory przeczytałam kilka krótszych opowiadań i jestem zafascynowana ich narracją, tak odmienną od tego, co znałam do tej pory.
Już dziś cieszę się na tę ucztę duchową, która mnie czeka. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę pięknej pogody oraz wymarzonej muzyki w sercu.
Długi weekend upłynął mi pod znakiem spotkań rodzinnych, z których zawsze bardzo się cieszę, gdyż są to dla mnie rzadkie okazje, aby nacieszyć się bliskimi . Niestety współczesny świat każe nam stale gdzieś pędzić i coś robić, dlatego tak miło jest się czasem zatrzymać i posiedzieć w ogrodzie, wypić lampkę wina i porozmawiać na interesujące nas tematy.
Muzycznie w mym sercu króluje ostatnio ADELE. Właściwie dopiero teraz zaczęłam jej słuchać tak bardziej uważnie, nie w radio i nie-mimochodem. Myślę, że jest to największe muzyczne odkrycie ostatnich lat. Mocny i piękny głos, niezwykła wrażliwość muzyczna, skromność estradowa. To wszystko powoduje, że jej muzyka prawdziwie wzrusza. Byłam zaskoczona tym, jak podziałała na mnie jedna z jej piosenek "Someone Like You"
Ja się popłakałam, Adele się popłakała i paru widzów na sali też.
Wiosna jest tak zachwycającą porą roku, że staram się każdą chwilę spędzać poza domem, najchętniej na moim ogródku. Jak tylko uporam się ze wszystkimi wiosennymi pracami, to obiecuję sobie w nagrodę poczytać na leżaku książkę, która już od jakiegoś czasu stoi na półce i kusi mnie ogromnie.
"Nawiedzony dom" Virginii Woolf. Opowiadania zebrane. Przymierzałam się do tej autorki bardzo długo, ale teraz wiem, że już mi nie ucieknie. Jak do tej pory przeczytałam kilka krótszych opowiadań i jestem zafascynowana ich narracją, tak odmienną od tego, co znałam do tej pory.
Już dziś cieszę się na tę ucztę duchową, która mnie czeka. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę pięknej pogody oraz wymarzonej muzyki w sercu.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Angie
Podróżowanie zawsze sprawia mi wielką przyjemność. Pęd kół, przesuwające się obrazy, rozmowy, muzyka a nawet relaksująca drzemka w samochodzie...wszystko to jest dla mnie miłą odmianą codzienności.
Korzystając z ładnej pogody wybrałam się w miniony weekend wraz z Drugą Połową w moje rodzinne strony.
Głównym celem podróży było spotkanie z moją Mamą, która jest już w podeszłym wieku i ma spore kłopoty z pamięcią. Czas biegnie, dzień po dniu mija i nie wiadomo, ile nam jeszcze czasu zostało.
Nasze odwiedziny cieszą Ją ogromnie, jednak sama już bardzo niechętnie rusza się z domu. Kiedyś częściej zabierałam Ją do siebie, ale zauważyłam, że po takich wyjazdach czuje się bardziej zagubiona. Uspokaja mnie to, że teraz ma dobrą opiekę, jest pogodna i wyciszona.
Korzystając z bliskości morza nie oparliśmy się pokusie, aby je zobaczyć o tej porze roku. Temperatury nas nie rozpieszczały: od +8 do + 9 stopni zaledwie i oczywiście silny wiatr, ale jednak warto było przejść się brzegiem morza i poczuć jego zapach.
Wielką przyjemnością było również pobuszowanie po księgarniach, zakończone "upolowaniem" przeze mnie dawno wymarzonego tytułu, ale o tym napiszę już następnym razem.
W drodze powrotnej słuchaliśmy starych przebojów, które wprawiły nas w bardzo dobry nastrój.
"Angie" to jeden z nich -wykonywany przez legendę muzyki rockowej The Rolling Stones.
Korzystając z ładnej pogody wybrałam się w miniony weekend wraz z Drugą Połową w moje rodzinne strony.
Głównym celem podróży było spotkanie z moją Mamą, która jest już w podeszłym wieku i ma spore kłopoty z pamięcią. Czas biegnie, dzień po dniu mija i nie wiadomo, ile nam jeszcze czasu zostało.
Nasze odwiedziny cieszą Ją ogromnie, jednak sama już bardzo niechętnie rusza się z domu. Kiedyś częściej zabierałam Ją do siebie, ale zauważyłam, że po takich wyjazdach czuje się bardziej zagubiona. Uspokaja mnie to, że teraz ma dobrą opiekę, jest pogodna i wyciszona.
Korzystając z bliskości morza nie oparliśmy się pokusie, aby je zobaczyć o tej porze roku. Temperatury nas nie rozpieszczały: od +8 do + 9 stopni zaledwie i oczywiście silny wiatr, ale jednak warto było przejść się brzegiem morza i poczuć jego zapach.
Wielką przyjemnością było również pobuszowanie po księgarniach, zakończone "upolowaniem" przeze mnie dawno wymarzonego tytułu, ale o tym napiszę już następnym razem.
W drodze powrotnej słuchaliśmy starych przebojów, które wprawiły nas w bardzo dobry nastrój.
"Angie" to jeden z nich -wykonywany przez legendę muzyki rockowej The Rolling Stones.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Malaguena salerosa
W temacie wiosny coś drgnęło. Dziś na moim termometrze w kuchni +13 stopni. Mam nadzieję, że ten trend będzie rosnący i niedługo już wiosna wybuchnie z całą swoją mocą.
Słuchając piosenek Anny German natrafiłam m.in. na wyjątkową interpretację MALAGUENY. Wysłuchałam jej z przyjemnością, a przy okazji również innych wersji tego utworu.
MALAGUENA SALEROSA...to swoisty fenomen wśród piosenek. Wykonywana przez wielu sławnych artystów z całego świata. Interpretowana na różne sposoby zarówno przez mężczyzn jak i kobiety. Grana, śpiewana, tańczona.
Bardzo ciekawe jest pochodzenie tego utworu. Okazuje się, że jest to piosenka meksykańska, do autorstwa której przyznaje się wielu kompozytorów. Najprawdopodobniej jednak MALGUENA to utwór z gatunku piosenek ludowych, podobnie jak u nas "Głęboka studzienka". Opowiada o miłości mężczyzny do pięknej Hiszpanki z Malagi. Kobieta zwodzi go spojrzeniem, dając próżną nadzieję na odwzajemnienie uczucia.
Wśród artystów wykonujących tę piosenkę są śpiewacy operowi (Placido Domingo), wykonawcy muzyki popularnej (Nana Mouskouri, Jose Feliciano) oraz sławni gitarzyści (Paco de Lucia, Roni Benise).
Spośród polskich wykonawców najbardziej interesujące interpretacje stworzyli Anna German, Sława Przybylska, Violetta Villas, Edyta Górniak i Maryla Rodowicz. Która z tych wersji jest najładniejsza? Trudno ocenić.
Słuchając piosenek Anny German natrafiłam m.in. na wyjątkową interpretację MALAGUENY. Wysłuchałam jej z przyjemnością, a przy okazji również innych wersji tego utworu.
MALAGUENA SALEROSA...to swoisty fenomen wśród piosenek. Wykonywana przez wielu sławnych artystów z całego świata. Interpretowana na różne sposoby zarówno przez mężczyzn jak i kobiety. Grana, śpiewana, tańczona.
Bardzo ciekawe jest pochodzenie tego utworu. Okazuje się, że jest to piosenka meksykańska, do autorstwa której przyznaje się wielu kompozytorów. Najprawdopodobniej jednak MALGUENA to utwór z gatunku piosenek ludowych, podobnie jak u nas "Głęboka studzienka". Opowiada o miłości mężczyzny do pięknej Hiszpanki z Malagi. Kobieta zwodzi go spojrzeniem, dając próżną nadzieję na odwzajemnienie uczucia.
Wśród artystów wykonujących tę piosenkę są śpiewacy operowi (Placido Domingo), wykonawcy muzyki popularnej (Nana Mouskouri, Jose Feliciano) oraz sławni gitarzyści (Paco de Lucia, Roni Benise).
Spośród polskich wykonawców najbardziej interesujące interpretacje stworzyli Anna German, Sława Przybylska, Violetta Villas, Edyta Górniak i Maryla Rodowicz. Która z tych wersji jest najładniejsza? Trudno ocenić.
piątek, 5 kwietnia 2013
sobota, 30 marca 2013
Wesołego Alleluja
***
Oto słońce przenika światłem bór daleki,
Sosnom z nieba podając tajny znak wieczoru.
Oto sosny spłonęły, jakby w głębiach boru
Nagle coś szkarłatnego stało się na wieki!
Zwabiony owym znakiem, biegnę tam niezwłocznie,
Aby zawczasu jeszcze, nim wpłynę w noc ciemną,
Zastać na nikłym trwaniu i sprawdzić naocznie
To właśnie, co już drzewa widziały przede mną.
Bolesław Leśmian
Radosnych Świąt Wielkiej Nocy !
niedziela, 17 marca 2013
Myślę sobie, że...
Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć.
Zazieleni się, urośnie kilka drzew.
Niedojedzony chleb w ustach zdąży się rozpłynąć,
a niedopity rum rozgrzeje jeszcze krew.
Zimny poniedziałek gorącą stanie się niedzielą.
To, co nie pozmywane samo zmyje się.
Nieśmiały dotąd głos odezwie się jak dzwon w kościele,
a tego, czego mało nie będzie wcale mniej.
Choć mało rozumiem, a dzwony fałszywe,
coś mówi mi że jeszcze wszystko będzie możliwe.
Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było.
Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic...
Nim stanie się tak- Zespół Voo Voo
poniedziałek, 4 marca 2013
W epoce gaduł
Jan Sztaudynger - mistrz pióra i autor "Piórek". Nieżyjący od ponad czterdziestu lat poeta, satyryk i tłumacz. Jego słynne "Piórka"to zbiór fraszek, które pisał przez całe swoje życie.
"Fraszka, to ptak szybkiego lotu,
od błyskawicy - do grzmotu."
Bardzo lubię tę krótką formę literacką, dlatego chętnie wracam do fraszek Sztaudyngera. Sam autor również przedkładał ją nad inną:
"W epoce płodnej tak w gaduły,
Ja fraszką piszę artykuły."
Choć forma krótka, to tematyka fraszek nieraz bardzo ważka: sprawiedliwość, zaufanie, cynizm, arogancja władzy, miłość bliźniego.
" Zero do zera,
A będzie kariera."
"Kocham bliźnich jak braci-
Gdy szczodrzy i bogaci."
"Plujmy sobie nawzajem w kaszę!
To takie polskie, to takie nasze..."
"Nie dyskutuj z chamem,
Przy nim zawsze amen."
Myślę, że te strofy nie straciły nic na swojej aktualności.
W tekście wykorzystałam fraszki: "Fraszka", "W epoce gaduł", "Reguły sitwy", "Miłość bliźniego", "Plujmy sobie", "Dyskusja" z tomu "Piórka".
"Fraszka, to ptak szybkiego lotu,
od błyskawicy - do grzmotu."
Bardzo lubię tę krótką formę literacką, dlatego chętnie wracam do fraszek Sztaudyngera. Sam autor również przedkładał ją nad inną:
"W epoce płodnej tak w gaduły,
Ja fraszką piszę artykuły."
Choć forma krótka, to tematyka fraszek nieraz bardzo ważka: sprawiedliwość, zaufanie, cynizm, arogancja władzy, miłość bliźniego.
" Zero do zera,
A będzie kariera."
"Kocham bliźnich jak braci-
Gdy szczodrzy i bogaci."
"Plujmy sobie nawzajem w kaszę!
To takie polskie, to takie nasze..."
"Nie dyskutuj z chamem,
Przy nim zawsze amen."
Myślę, że te strofy nie straciły nic na swojej aktualności.
W tekście wykorzystałam fraszki: "Fraszka", "W epoce gaduł", "Reguły sitwy", "Miłość bliźniego", "Plujmy sobie", "Dyskusja" z tomu "Piórka".
wtorek, 26 lutego 2013
Rozmyślania (przed)wiosenne...
Mam wrażenie, że najtrudniej znosimy zimę na przełomie lutego i marca, kiedy wszyscy jesteśmy już nią bardzo zmęczeni i z utęsknieniem wypatrujemy wiosny. Niestety, zima nie tak łatwo daje za wygraną i pokazuje nam swoje rogi właśnie wtedy, kiedy chcielibyśmy już o niej zapomnieć. Dla mnie najmilszym akcentem tej pory roku są ptaki, które od wielu lat dokarmiam zimą na swoim balkonie.
Ciągle tak mało we mnie energii, która jest mi potrzebna do bardziej intensywnego przeżywania tego, co niesie los. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Będzie musiało się zmienić, gdyż już w marcu los zaoferował mi nowe doświadczenia zawodowe, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć.
Przestawiam się więc z nieco pesymistycznej wizji świata na tory umiarkowanego optymizmu i czekam na pierwsze od wielu dni promyki słońca, tak entuzjastycznie zapowiadane wczoraj przez pana Kreta. Poza tym podtrzymuje mnie przy życiu myśl o letnich wakacjach w moich ukochanych Tatrach. Nie mogę już się doczekać takich widoków, jak ten:
Przy okazji mała zagadka: jaka to góra?
Ciągle tak mało we mnie energii, która jest mi potrzebna do bardziej intensywnego przeżywania tego, co niesie los. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Będzie musiało się zmienić, gdyż już w marcu los zaoferował mi nowe doświadczenia zawodowe, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć.
Przestawiam się więc z nieco pesymistycznej wizji świata na tory umiarkowanego optymizmu i czekam na pierwsze od wielu dni promyki słońca, tak entuzjastycznie zapowiadane wczoraj przez pana Kreta. Poza tym podtrzymuje mnie przy życiu myśl o letnich wakacjach w moich ukochanych Tatrach. Nie mogę już się doczekać takich widoków, jak ten:
Przy okazji mała zagadka: jaka to góra?
środa, 13 lutego 2013
Chwila
Wybaczcie proszę moją nieobecność w wirtualnym świecie przez ostatnich kilka dni. Niestety, dopadła mnie choroba i to nie grypa, jak można by przypuszczać, ale jakieś dolegliwości gastryczne połączone z silnymi zawrotami głowy. Byłam niezdolna do jakiegokolwiek działania i nawet nie próbowałam w tym czasie włączać komputera. Po cichu przyznam się, że jakaś czarna seria prześladuje mnie już od połowy ubiegłego miesiąca. Zaczęło się od silnego bólu prawej ręki. Okazało się, że to zapalenie ścięgna w nadgarstku. Po kilku dniach, kiedy już odzyskałam władzę w swej prawej kończynie, rozcięłam sobie boleśnie górną wargę. Przez kilka dni nie mogłam jeść, pić, ani mówić. A teraz ta nie do końca rozszyfrowana przeze mnie choroba. Mam nadzieję, że tegoroczny limit na chorowanie w przypadku mojej osoby już się wyczerpał i teraz będzie tylko lepiej.
Na początku lutego obchodzono pierwszą rocznicę śmierci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. Miałam w planie napisać post z tej okazji, niestety nie udało się. Z drugiej strony myślę sobie, że na wspomnienia o tej niezwykłej postaci zawsze jest dobry czas, tym bardziej na czytanie wierszy wybitnej poetki.
Z opisywaniem chmur
musiałabym się bardzo śpieszyć-
już po ułamku chwili
przestają być te, zaczynają być inne.
Ich właściwością jest
nie powtarzać się nigdy
w kształtach, odcieniach, pozach i układzie.
Nie obciążone pamięcią o niczym,
unoszą się bez trudu nad faktami.
Zawsze, kiedy otwieram tomik z wierszami Wisławy Szymborskiej, uderza mnie jedno: jakie te wiersze proste, jakie zwyczajne. Nie ma w nich wydumanych porównań, nie ma zawiłych skojarzeń, które kazałaby nam się domyślać, co autor miał na myśli. Właściwie, to każdy by mógł tak pisać, ja również. Jednak w takim myśleniu tkwi wielka pułapka. Te proste z pozoru słowa niosą ogromną prawdę o świecie i o ludziach, o naszej naturze i o relacjach człowiek-przyroda. Ta poezja nie jest związana z żadnym miejscem, ani czasem i właściwie dotyczy nas wszystkich. Jest po prostu uniwersalna i w tym prawdopodobnie tkwi jej wielka siła.
Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.
Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.
Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.
Pozdrawiam Was serdecznie i obiecuję w najbliższym czasie nadrobić wszelkie zaległości na zaprzyjaźnionych blogach.
W tekście wykorzystałam fragmenty wierszy: "Chmury" oraz "Jacyś ludzie" z tomiku "Chwila".
Na początku lutego obchodzono pierwszą rocznicę śmierci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. Miałam w planie napisać post z tej okazji, niestety nie udało się. Z drugiej strony myślę sobie, że na wspomnienia o tej niezwykłej postaci zawsze jest dobry czas, tym bardziej na czytanie wierszy wybitnej poetki.
Z opisywaniem chmur
musiałabym się bardzo śpieszyć-
już po ułamku chwili
przestają być te, zaczynają być inne.
Ich właściwością jest
nie powtarzać się nigdy
w kształtach, odcieniach, pozach i układzie.
Nie obciążone pamięcią o niczym,
unoszą się bez trudu nad faktami.
Zawsze, kiedy otwieram tomik z wierszami Wisławy Szymborskiej, uderza mnie jedno: jakie te wiersze proste, jakie zwyczajne. Nie ma w nich wydumanych porównań, nie ma zawiłych skojarzeń, które kazałaby nam się domyślać, co autor miał na myśli. Właściwie, to każdy by mógł tak pisać, ja również. Jednak w takim myśleniu tkwi wielka pułapka. Te proste z pozoru słowa niosą ogromną prawdę o świecie i o ludziach, o naszej naturze i o relacjach człowiek-przyroda. Ta poezja nie jest związana z żadnym miejscem, ani czasem i właściwie dotyczy nas wszystkich. Jest po prostu uniwersalna i w tym prawdopodobnie tkwi jej wielka siła.
Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.
W jakimś kraju pod słońcem
i niektórymi chmurami.
Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,
obsiane pola, jakieś kury, psy,
lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.
Mają na plecach dzbanki i tobołki,
im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.
Pozdrawiam Was serdecznie i obiecuję w najbliższym czasie nadrobić wszelkie zaległości na zaprzyjaźnionych blogach.
W tekście wykorzystałam fragmenty wierszy: "Chmury" oraz "Jacyś ludzie" z tomiku "Chwila".
Subskrybuj:
Posty (Atom)













